Studia i praca na morzu
Studia
Studia to okres w moim życiu, w którym alkohol pojawił
się na „pełen etat” i na dobre zagościł w moim codziennym menu. Mogę śmiało
powiedzieć, że pierwsze dwa lata to było picie praktycznie dzień w dzień. Od
poniedziałku do środy kilka piwek, a od czwartku zaczynały się studenckie
balety – wtedy alkoholu było już znacznie więcej.
Bywały jednak i momenty abstynencji, szczególnie
wtedy, gdy brałem się za siłownię czy trenowałem boks. Sport zawsze przeplatał
się w moim życiu z czasem melanży i tańca. Od dziecka marzyłem, żeby być silny
i duży, a że z natury jestem szczupły, musiałem naprawdę sporo wysiłku włożyć w
to, żeby przytyć.
Czas studiów wspominam bardzo dobrze – to chyba jeden
z najlepszych okresów w moim życiu. To właśnie wtedy poznałem moją żonę
Magdalenę. Dzięki niej trzeci rok przeleciał mi w miarę trzeźwo. To również
wtedy podjąłem pierwszą próbę rzucenia papierosów – bo Magda nie paliła, a ja
chciałem być bliżej niej.
Madzia była moim totalnym przeciwieństwem – cicha,
spokojna, piękna niebieskooka blondynka. A ja? Głośny, szalony, zawsze w
centrum uwagi. Nic dziwnego, że kiedy na rozpoczęcie trzeciego roku pojawiliśmy
się razem jako para, wszyscy byli w szoku. W oczach wielu nie pasowaliśmy do
siebie w ogóle. Jednak my od pierwszego dnia wiedzieliśmy, że jesteśmy sobie
pisani.
I dziś, po osiemnastu latach wspólnego życia, mogę
śmiało powiedzieć, że mieliśmy rację. Przeżyliśmy wiele dobrych i zwariowanych
chwil, ale tych ciężkich i złych również nie brakowało. Uczyliśmy się
„dorosłego życia” dość szybko, bo równie szybko razem zamieszkaliśmy. W sumie
to ja wprowadziłem się do Madzi – tak ułożyły się jej rodzinne sprawy. Rodzice
byli już rozwiedzeni, mama miała nowego partnera, ojciec wyprowadził się do
kochanki. Zostaliśmy więc my, studia, mieszkanie M3 i nasza młodzieńcza
dorosłość.
Oczywiście nie zawsze było kolorowo i dałem Madzi
milion powodów, by mogła mnie zostawić. Pijackie ekscesy, awantury, rozwalone
imprezy – lista jest długa. A jednak ona widziała we mnie tę drugą stronę, tę
lepszą, której nikt inny nie znał. Może intuicyjnie wyczuwała moją wrażliwość,
którą wtedy zakopałem głęboko we własnym wnętrzu.
Na moją całkowitą trzeźwość musiała jednak czekać
cierpliwie jeszcze czternaście lat.
Pierwotnie chciałem w tym miejscu opisać ze szczegółami
niektóre sytuacje, które mogłyby być przestrogą dla innych. Bo w pijackim amoku
i szale nie raz było blisko tragedii. Ale wtedy nikt o tym nie myślał. Po
spożyciu dużej dawki alkoholu zawsze wydawało mi się, że jestem nieśmiertelny.
Bijatyki pod klubem? Norma. Skakanie po pijaku z mostu na Trasie Zamkowej do
zimnej, jesiennej Odry? Również. Idiotycznych pomysłów było znacznie więcej.
Jestem wdzięczny mojej żonie, że nigdy mnie nie
zostawiła. Że była obok nawet wtedy, gdy ja sam się gubiłem. Choćby wtedy, gdy
rozbiłem wesele przyjaciółki i w konsekwencji straciliśmy przyjaźń. Z tego
miejsca mogę jedynie przeprosić Wojtka i Sylwię – ale wiem, że nic to już nie
zmieni. Nie każdy potrafi zrozumieć i wybaczyć.
Dziś widzę, że wiele moich zachowań przejąłem podświadomie
po ojcu. Wtedy tłumaczyłem sobie, że to naturalne, że „to geny” i nie da się
nic zrobić. Ale to była tylko wymówka. Prawda była taka, że mogłem po prostu
wtedy przestać pić.
Wiem, że takich historii jak moja w polskich domach
jest wiele – często nawet trudniejszych. Wiele kobiet trwa przy uzależnionych
partnerach w nadziei, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym on przestanie. Czasem
się doczekają. Czasem niestety nie.
Praca na morzu
Studia zaważyły nie tylko na moim życiu prywatnym, ale
również na zawodowym. To właśnie wtedy pierwszy raz zetknąłem się z pracą na
morzu – na promie pasażerskim. W ramach obowiązkowych praktyk musieliśmy odbyć
darmowy rejs. A że w Świnoujściu takich promów pływa kilka, moja przygoda
rozpoczęła się na m/f Gryf.
To były jeszcze czasy, kiedy alkohol na statku był
czymś zupełnie normalnym. Marynarze za kołnierz nie wylewali, więc dla mnie –
młodego chłopaka – wyglądało to jak praca idealna. Dolary w kieszeni, tylko dwa
tygodnie pracy w miesiącu, dwa tygodnie wolnego w domu i możliwość łączenia
tego wszystkiego z piciem. W moich oczach bilans był bardzo korzystny.
Choć na pierwszy zawodowy kontrakt musiałem jeszcze
trochę poczekać, już wiedziałem, że właśnie to chcę robić po studiach. Los mi
sprzyjał – znajomy mojego brata pływał na promach i dzięki niemu znalazłem
pierwszą pracę.
Oczywiście nie była to żadna wymarzona posada.
Zaczynałem od najniższego szczebla – jako kadet hotelowy, czyli człowiek od
„zadań specjalnych”. Dzień zaczynałem od zmywania sterty naczyń, brudnych garów
i przypieczonych blach. Potem sprzątanie kabin i łazienek pasażerskich.
Wymiociny czy gorsze rzeczy pod prysznicem nie były niczym wyjątkowym.
W tamtych czasach przełożeni nie patyczkowali się z
załogą. Jeśli coś było nie tak, brał człowieka na bok i – jak mawiał – „mówił
po marynarsku”. A to oznaczało całą wiązankę soczystych, niecenzuralnych słów.
Na statku nie było demokracji – trzeba było robić swoje, czy się to komuś
podobało, czy nie.
Jedno trzeba przyznać: roboty można się było nauczyć.
A po pracy ludzie spędzali czas razem w małych grupach. To był kawał
prawdziwego marynarstwa – surowego, wymagającego, ale dającego solidną szkołę
życia.
Dziś wygląda to inaczej. Era smartfonów zmieniła
wszystko. Zaczęło się nagrywanie przełożonych, donoszenie do biura, a szefowie
musieli złagodnieć i mówić bardziej „kulturalnie”. Tamte czasy odeszły. Ale dla
mnie właśnie one były fundamentem – to wtedy poczułem, co znaczy praca na
morzu.
Z perspektywy kilkunastu lat na morzu często łapię się na tym, że narzekam i myślę, że mam dość pływania, że chciałbym coś zmienić w życiu. Ale z pracą na morzu jest tak, że raz na zawsze zostajesz rozdarty. Kiedy jesteś w domu – tęsknisz za morzem. Kiedy jesteś na statku – tęsknisz za domem.
Dziś, kiedy mam małe dzieci, wyjazdy stały się szczególnie trudne. Mam świadomość, że tego czasu rozłąki nikt nam nie zwróci. Dzieci nie chcą, żebym wyjeżdżał – szczególnie teraz, gdy jestem trzeźwy i całą swoją uwagę mogę poświęcić ich wychowaniu.
Kiedy jestem w domu przez dwa tygodnie, przejmuję wszystkie obowiązki rodzicielskie, żeby Madzia mogła odetchnąć. Zostając sama, ma na głowie wszystko – dom, dzieci i pracę. Dlatego ja na swoje dwa tygodnie staję się gosposią: sprzątam, gotuję, odprowadzam dzieci do szkoły, odbieram je, robię zakupy.
I powiem jedno – nie jest to dla mnie żadna ujma. Pewnie niejeden samozwańczy „samiec alfa” powie, że to babskie sprawy. Być może. Ale dla mnie to przede wszystkim bycie blisko dzieci. Dzięki temu mogę nadrobić czas, którego nie ma mnie w domu.
Staramy się też całą rodziną organizować krótkie wycieczki – w miejsca blisko natury, które pozwalają nam złapać wspólny oddech. Wierzę, że to właśnie ten czas spędzony razem spaja naszą czteroosobową rodzinę. Przekazujemy dzieciakom wartości nie tylko słowami, ale przede wszystkim postawą.
Od kiedy jestem w pełni trzeźwy, potrafię być z nimi w 100%. Wcześniej bywało różnie. Niby byliśmy na wakacjach, niby się bawiłem, ale w głowie układałem już plan: gdzie wieczorem wypiję drinka albo piwo i czy Magda pozwoli mi na więcej niż jednego. Z perspektywy czasu widzę, jakie to żałosne i straszne zarazem.
Mój ojciec przed śmiercią też wspominał tylko to, jak ważne było dla niego, że kiedyś w szpitalu wypił piwo z moim bratem. Teraz rozumiem, jak płytkie jest życie osoby uzależnionej – wszystko sprowadza się do jednego: alkoholu.
Dlatego z przerażeniem patrzę dziś na młodzież. Oni naprawdę nie mają lekko – mają dostęp do wszystkiego: alkoholu, narkotyków, dopalaczy. Mogą to kupić przez Internet, bez wychodzenia z domu. W moich czasach trzeba było kogoś znać, ktoś musiał kogoś znać… a teraz wszystko podane jest jak na dłoni.
Dlatego trzeba uświadamiać młodych ludzi, jakie są konsekwencje. To nie są żarty. Na grupach wsparcia, w których uczestniczę, często spotykam bardzo młodych ludzi. Wielu z nich ma już złamane życiorysy i niewielkie szanse na wyjście z nałogu. Dlaczego? Bo są zbyt słabi psychicznie – wychowani w cukierkowej, kolorowej rzeczywistości bez żadnych realnych problemów do rozwiązania. A kiedy wpadli w narkotyki, ich pierwszy prawdziwy problem w życiu okazał się jak wielki głaz, który ich przygniótł.
Puenta
Patrzę dziś na swoje życie i widzę, że największym kłamstwem, jakie sam
sobie powtarzałem, było to, że „mam czas”.
Czas, by się ogarnąć.
Czas, by przestać pić.
Czas, by naprawić błędy.
Ale prawda jest brutalna: czasu nie ma.
Każdy dzień przepity, każdy ranek przeleżany z kacem, każda kłótnia i każde
spojrzenie bliskiej osoby, która przestaje wierzyć – to wszystko są cegły,
które układają mur między tobą a życiem, które mogłeś mieć.
Dziś wiem jedno: alkohol zabiera wszystko i zostawia pustkę. A trzeźwość nie jest nagrodą – jest warunkiem, żeby w ogóle móc żyć naprawdę.
I jeśli ktoś z was, czytając te słowa, myśli sobie: „jeszcze mam czas” – to właśnie w tym momencie kłamie sam sobie dokładnie tak, jak ja kłamałem przez lata.
🙌 Podobał Ci się ten wpis? Nie przegap kolejnych – dołącz do Załogi Powrotu do Trzeźwości.
📩 Zapisz się na powiadomienia
Komentarze
Prześlij komentarz